7.11.09

Trochę lansu, trochę frustracji

Praktykowanie lansu sieciowego jakoś nigdy mi nie wychodziło, podobnie z internetowym ekshibicjonizmem - stąd pewne ten blog nie jest prowadzony regularnie, ani specjalnie spektakularnie. Nie mówiąc już o jego formie graficznej. Ostatnio chciałem się z nią troszkę pomocować, tu coś przestawić, tam coś dodać, ale okazało się, że nic z tego nie wyjdzie. Więc na razie zostaje jak jest. Bez fajerwerków. Prosto i pewnie trochę nieelegancko. Ale nawet jeśli ten lans mi nie wychodzi ( gdy usiłuję coś praktykować, to jest nieporadne i od razu myślę że pewien sposób żenujące), sam  się zastanawiam, dlaczego nie pisałem jeszcze o komiksie, który co miesiąc robię z Pawłem Zychem do "Focus Historia".  Piszę zatem.
Od ponad roku (zaczynaliśmy w sierpniu 2008 roku) co miesiąc robimy jednoplanszówkę z anegdotami historycznymi. Najczęściej to opowieść o jakimś chudym literacie, władcy, tudzież sarmacie. Wybryki, powiedzonka, nic poważnego - na szczęście. Fajna zabawa. Scenariusze piszą życiorysy poszczególnych waszmościów, ja je tylko rozpisuję na kadry, choć czasem znalezienie opowiastki nie za długiej, w sam raz na jedną planszę, do łatwych nie należy. A potem, gdy  takowa już się znajdzie - Zychu musi się trochę pomęczyć nad rysunkami.
I tak co miesiąc, dla mnie to przede wszystkim ciekawa szkoła warsztatu i transfer na drugą stronę barykady.
Mam nadzieję, że udany. Jeszcze z lansu. TU wywiad z KRL-em w Dwutygodnik.com.
Frustracja natomiast wiąże się ostatnio, z jakimś dziwnym przeczuciem, że wśród przeciętnego obywatela tego kraju poziom kultury wizualnej, wrażliwości estetycznej jest kiepski. Dyskusja na forach komiksowych nadal ta sama -  ustalanie stopnia znawstwa i wytykanie, kto jest czyim kumplem.  Nic nowego. Tymczasem nie powstało żadne lobby komiksowe, które byłoby zainteresowane wprowadzeniem komiksu do programu szkolnego. Jerzy Szyłak, gdy o tym z nim rozmawiałem stwierdził, że to nie ma sensu i może przynieść odwrotny skutek. Zupełnie się z nim nie zgadam.
Prawie każdy, kto zajmuje się dziś komiksem w jakikolwiek sposób, zapewne zetknął się z nim w okresie szczenięcym. Jasne, że były to spotkania "poza szkołą", ale komiksy nie miały wtedy zbyt wielkiej konkurencji w świecie kolorowych produktów atakujących wyobraźnię. Poza tym, w programie nauczania języka polskiego elementy kultury wizualnej (w tym komiksu) są w mniejszym lub większym stopniu fikcją. W praktyce mało kto je realizuje. Na własne oczy widziałem, jak gimnazjalistom nauczycielka kazała analizować "Bitwę pod grunwaldem" Matejki wręczając reprodukcję wielkości kartki pocztowej. Dzieciaki nie potrafią krytycznie odczytywać komunikatów wizualnych, włącznie z reklamami. Może to tylko moje ponure pieprzenie, ale mam wrażenie, że wyjdzie z tego coś  niedobrego.

Update: Na stronie internetowej "Polityki" w dziale "Recenzje książek dla dzieci" znajdziemy "Wrzątkum" Sieńczyka. No nieźle.

                        
      
Kadr z najnowszego komiksu dla "Focus Historia", ps. Czy ktoś wie, jak się oblewa zdjęcie tekstem w tym cholernym blogspocie?




1 komentarz:

wepritz pisze...

no właśnie wie ktoś?
;)