10.9.11

Paranoje komiksowe i róbmy swoje

Europejski Kongres Kultury trwa w najlepsze. Artystów komiksowych z Europy brak. Agata Wawryniuk i Bele robią za listek figowy organizatorom, a Agata Wawryniuk w komentarzach na Kolorowych Zeszytach sama przyznaje, że karteczki post-it są, bo EKK kosztowały tyle co nic. A prowadzącym (w końcu są w Wrocławia) nawet nie trzeba było zwracać za bilety. Brawo. Komiksiarze polscy łączcie się, przyzwyczajajcie instytucje i organizacje państwowe, że na komiks można wydać 1 zł, albo 0 zł, a i tak coś komiksowego będzie. Powodzenia w pracy za darmo. Smacznych okruszków z pańskiego stołu.

Z kolei Paweł Timofiejuk na Kulturze Liberalnej zarzuca KBK lans w sieci (te podpisy pod listem też pewnie w sieci same się zbierały, prawda?) i krytykuje przedstawicielki EKK (zacytujmy fragment: Były to dyskusje długie i żmudne, wyglądające jak rozmowy z kimś, kto nie słucha i nie rozumie, co się do niego mówi.), a jednocześnie logo Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego pod Komikserem na EKK jest. Co więcej, PSK chwali się Komikserem na swoim Facebooku. A na stronie EKK Polskie Stowarzyszenie Komiksowe jest "partnerem" Komiksera. Czegoś tu nie rozumiem. Albo PSK bawi się z EKK, albo je krytykuje. A tu bawimy się, a jednocześnie obrabiamy im tyłek. Bardzo ładnie. Na pewno, gdy tekst z "Kultury Liberalnej" (podpięty też pod stronę "Rzeczpospolitej") trafi do EKK to się ucieszą i zarekomendują innej instytucji kulturalnej współpracę z PSK. Po raz drugi brawo.

Miło wrócić po wakacjach do paranoicznej, komiksowej rzeczywistości

A przy okazji ulubionej mantry pt."róbmy swoje" w ramach swojego dziennikarskiego "róbmy swoje" opublikowałem duży wywiad z Zografem w kwartalniku o modzie i designie "Take me". W końcu jestem internetowym lanserem, więc lansuje się w kolorowych, wypasionych magazynach.


25.7.11

Komiks Bękratem Kultury - prawie podsumowanie


 Prawie, bo piszę te słowa tylko w swoim imieniu, a nie całej ekipy, a po drugie, „prawie”, bo akcja na dobrą sprawę się nie skończyła. Zebraliśmy 849 podpisów. Zostały wysłane już jakiś czas temu poleconym do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Czekamy na odzew. Czy w ogóle je dostaniemy? Właściwie nie wiadomo, ale po tym, jak na Polterze Kuba Jankowski zrelacjonował negocjacje Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego z Narodowym Instytutem Audiowizualnym, wszystkiego można się spodziewać. Otóż PSK zostało potraktowanie przez ludzi kierujących Europejskim Kongresem Kultury dokładnie tak samo jak akcja KBK. Właściwie mając na uwadze naszą korespondencję z organizatorami EKK, w której owi organizatorzy uraczyli nas jedynie pustosłowiem, PSK mogło spodziewać się tego samego. I faktycznie, rozmowy z PSK skończyły się deklaracją o kupieniu mazaków (sic!). Tym samym szczyt arogancji został już chyba osiągnięty. Zastanawia mnie, jak ludzie, którzy pracują w sektorze kulturalnym mogą działać w taki sposób. Jak widać, nikomu nie wstyd.

Jednocześnie, choć komiks nie jest mile widziany na Europejskim Kongresie Kultury, to właśnie komiksem Polska chce się chwalić w świecie. Komiks już promował Polskę w Strasbourgu. Za chwilę w ramach polskiej prezydencji komiks będzie promował nasz kraj w Tokio. Pewnie jeszcze ukaże się w tym roku kilka komiksów historycznych promujących kolejne postaci z podręczników i miasta. A i jeszcze komiks o Miłoszu można zrobić. I kolejnym powstaniu, i kolejnym….Promocja, promocja, promocja.

Zatem komiks jest pierwszy do roboty, ale ostatni do zasług. Skoro już tak bardzo Polska chce się promować komiksem, dlaczego nie utworzy czegoś w rodzaju Polskiego Instytutu Sztuki Komiksowej na (wzór PISFu). Jak deal to deal. My robimy czarną robotę kulturalnej propagandy, ale dostajemy coś w zamian. Kasą można wspierać kinematografię, a wydawanie albumów polskich twórców już nie? A jeśli są jakieś pieniądze na komiks z instytucji państwowych, to na takie, które znowu mają coś promować. Własna twórczość, autorskie aspiracje nie są nikomu potrzebne. W końcu one niczego nie promują. Jestem ciekaw, czy decydenci kulturalni zdają sobie sprawę, jak niewiele albumów polskich twórców ukazało się w tym roku. I lepiej, żeby faktycznie szybko promowali Polskę komiksem. Za chwilę nie będę mogli tego zrobić, bo starszego pokolenia rysowników i scenarzystów nie zastąpi młodsze. To starsze za chwilę wypadanie z zabawy, bo zajmie się pracą zarobkową, na czasochłonne komiksowe hobby zabraknie roboczogodzin. Zaraz odezwą się głosy, że przecież te wystawy w Tokio są także po to, żeby promować konkretnych artystów biorących w nim udział. Szczerze w to wątpię. Nie ma lepszej formy promocji dla artysty niż kasa, grant, dotacja, dzięki którym może się rozwijać. I zapłacić rachunki. Mówimy rzecz jasna o kasie, która starcza na coś więcej niż mazaki. I nie mówimy także o nagrodach w konkursach komiksowych, które w porównaniu do nagród w innych konkursach artystycznych wypadają blado. Dla porównania: nagroda w konkursie na komiks o Miłoszu - 3000 zł. Grand Prix w artystycznym konkursie im. Gepperta  30 000, nagroda za debiut  na ostatnim Silesiusie 20 000. Zera robią różnice.

Czasem cholernie naiwnie myślę sobie, że w komiksowie przydałby się mały bunt. Na przykład wszyscy twórcy solidarnie odmawiają udziału w konkursach powstańczych, konkursach o Miłoszu czy innych historycznych fanaberiach. Nie robią żałosnych komiksów o miastach i księdzu Kostce. Nie biorą udziału w wystawach promujących Polskę. Nie biorą udziału w żadnych akcjach promujących cokolwiek poza ich własną twórczością. I bunt będzie trwał dopóty, dopóki polskie instytucje kulturalne przestaną traktować artystów komiksowych jak frajerów od brudnej roboty. Bunt aż do momentu, kiedy pojawią się mechanizmy wspierające finansowo komiks tak, jak inne dziedziny sztuki. Ale taki bunt to komiksowie scence fiction.

1.7.11

Dziś w Krakowie

Startuje kolejna edycja "Krótkich historii" w Zbiorniku Kultury na Zabłociu. Trwa przez cały weekend (szczegóły po kliknięciu na plakat).

29.6.11

Jak BFK to w Gdańsku, jak mieszkać to tylko w Gdyni


 Niespodziewany hicior BFK

Na BFK przyjechałem po konkret: odpocząć nad morzem  i zrobić wywiad z RongRong Luo.

Jedno i drugie się udało. Poza tym odpowiedziałem sobie na pytanie z dzieciństwa/ wczesnego nastolatkowania pt. „Czy Simon Bisley fizycznie przypomina Lobo”? Odpowiedź brzmi: tak. W dodatku chwilami zachowuje się jak Lobo. Olga Wróbel, która robiła za tłumacza w czasie konferencji prasowej musiała wykazać się anielską cierpliwością, bo twórca był nieznośny (aczkolwiek bardzo dowcipny), wchodził w słowo, nie pozwalał przetłumaczyć fragmentów wypowiedzi. Na konferencji padały pytania głównie o tajniki warsztatu i  metal. Bisley to artysta błyskotliwy i ma naturę showmana. Zatem źle być nie mogło. Chwilę później kolejka po autografy Bisleya była imponująca, bardziej niż jego „Biblia”. 

Powiedzmy wprost: Bisley w roli rysownika komiksowego spełnia się doskonale, w roli ilustratora – już niekoniecznie, chyba, że ktoś lubi ten kiczowaty styl i klimat (mam na myśli szczególnie kolorowe ilustracje), powszechnie panujący na okładkach książek fantasy, tę nieznośną estetykę odpicowanej „ładności” z odpowiednią ekspozycją mięśni i teatralnym pozowaniem. O wiele bardziej interesujące były „Czerwone króliki” RongRong Luo – prosta, alegoryczna, ale efektowna książka obrazkowa, robiąca wrażenie mocną kolorystyką. Nie mówiąc już o papierowej edycji „La Masakry” (www.lamasakra.blogspot.com), która jest ekstremalnie odpałowym, chorym zeszytem  i chyba może nosić tytuł najbardziej hardkorowego polskiego komiksu XXI wieku. Jestem ciekaw, czy ktoś jest w stanie to przebić. Gdybym chciał zrobić akcję a’la Banksy, z niektórych polskich komiksów historycznych wyrywałbym rozkładówki i wklejał do nich strony z „La Masakry”.

BFK miało, tak jak w zeszłym roku, pozytywną, kameralną, leniwą atmosferę. Przy okazji wizyty w Trójmieście po raz drugi zakochałem się w Gdyni. Zadbane śródmieście, szerokie ulice, przestrzeń, morska bryza i plaża. Mógłbym się przeprowadzić już dziś. Wiadomo, z punktu widzenia przyjezdnego letnika wszystko wygląda idealnie, ale ciężko mi się wracało stamtąd do szarego i spiętego Poznania.

14.6.11

Ligatura i dziennikarstwo komiksowe

Dwumiesięczny stan hibernacji na tym blogu spowodowany był akcją Komiks Bękartem Kultury.W tym tygodniu postaramy się zebrać wszystkie podpisy nadsyłane z różnych miast i popchnąć sprawę do przodu, bo jak na razie dostaliśmy kilka (już jakiś czas temu) okrągłych, PR-owych zdań z EKK, które niczego nie wyjaśniają. Co będzie dalej? Zobaczymy.

Minął tydzień od Ligatury, a poza fotorelacją na Gildii Komiksu żaden serwis komiksowy nie pokusił się o relację z imprezy, tekst publicystyczny lub nawet komentarz. W tym czasie na każdym z serwisów dostaliśmy zapowiedzi kolejnych filmów z superbohaterami, info o warszawskiej syrence z tarczą Supermana czy konkursie Pentela i kilku innych materiałach prasowych nadesłanych do redakcji. Serwisy komiksowe, podobnie jak rynek komiksowy w Polsce przeżywają kryzys. Ale o tym już było ostatnio na blogu Śledzia.

Założyłem sobie, że skoro w ramach Ligatury zostałem zaproszony przez Centralę do zasiadania w jury konkursu ABECEDEX, przeglądu Story Art. Review i panelu dyskusyjnego „Co z tym komiksem” nie napiszę relacji – bo byłoby to słabe i skrajnie nieobiektywne.Ale skoro koledzy dziennikarze komiksowi do tej pory tego nie zrobili, pozwolę sobie na uszczypliwy ligaturowy komentarz.

Ligatura była imprezą komiksową zupełnie kameralną. Bardzo mała publika, ale sporo osób z zagranicy.  Pewnie każdy znajdzie sobie jakieś wytłumaczenie, dlaczego tak się stało. Być może statystyczny fan komiksu przyzwyczajony jest do imprezy nastawionej na kupno komiksów i zgarnięcie autografów, a Ligatura miała charakter raczej wystawienniczy, choć każdej wystawie towarzyszył wernisaż i z każdym autorem dało się pogadać. Do tego w poznańskim Empiku sprzedawano komiksy i artbooki z Francji, Rosji, Czech, Holandii – rzeczy niedostępne w żadnym rodzimym sklepie komiksowym. Być może statystyczny fan komiksu nie ma ochoty oglądać prac Sieńczyka, awangardowych komiksów czy totalnych odpałów (genialnych!) francuskiej grupy Le Denier Cri. Być może statystyczny fan komiksu (i jest to zupełnie zrozumiałe) nie ma kasy na 3 imprezy komiksowe w tak krótkim czasie. Woli jechać na Komiksową Warszawę lub odkłada na BFK, bo chce zobaczyć Bisley’a. I to też nie powinno nikogo dziwić

Ale zupełnie nie rozumiem tego, że na Ligaturze nie pojawili się dziennikarze i redaktorzy polskich serwisów komiksowych, które mielą te same newsy na okrągło i właściwie nie mają o czym pisać. Poza Jackiem Gdańcem i Jackiem Jastrzębskim nie widziałem (poprawcie mnie, jeśli się mylę) nikogo. A szkoda, bo dla osób zajmujących się komiksem Ligatura była świetną okazją do odkrycia zupełnie nowych obszarów komiksu i zrobienia wielu wywiadów. Choćby z Aleksandrem Zografem czy Paulem Gravettem. Czy naprawdę nikogo w naszym komiksowie nie interesuje rozmowa z Davidem Schilterem, który w małej Łotwie założył magazyn "kuš!" posiadający ogólnoeuropejski charakter? Może ktoś w Polsce skorzystałby z jego doświadczenia? Czy rozmowa z Bartkiem Jelonkiem, Polakiem zajmującym się sprzedażą praw międzynarodowych w DC Comics to nie jest temat dla serwisów komiksowych? Jeśli nie dla nich, to dla kogo?

Właściwie powinienem się z tego wszystkiego cieszyć .Dzięki temu, że komiksowi dziennikarze nie przyjechali na Ligaturę, miałem komfortowe warunki pracy. Zrobiłem dwa długie wywiady i starczyło jeszcze czasu na sesje zdjęciowe.

Ale zupełnie się nie cieszę.